Wakacyjny szał!

Wrzucanie posta pełnego zdjęć z nad morza to nuda... Ile można piasku, wody, muszelek oglądać.
A jednak... Ja ostatnio nad morzem 15 lat temu byłam. Musicie wybaczyć! I się cieszę. Każdą falą. Każdym ziarnem piasku. Każdą muszelką. A najbardziej to bezgraniczną radością Demolki i jej zafascynowaniem plażą. Tak, bo ja z tych turystów, co to poza plażą nie wybrali się nigdzie. Wystarczyła nam woda, piasek i doborowe towarzystwo. Bo co fajniejszego od kilkumiesięcznego szkraba, co to "mokre, fuuuj całusy daje", rozgadanej panienki, co piosenki nadaje z podobną częstotliwością co radio. Takie ustawione na stację muzyczną. I ich mamy, która okazała się w realnym świecie jeszcze bardziej sympatyczna, niż online.
Wakacje idealne.

Nawet z wielogodzinną podróżą pociągiem. Nawet, jeśli dziecko w czasie pakowania wyrzuca rzeczy z plecaka, że by swoje "niezbędniki" zmieścić. Bo przecież konik musi nad morze jechać, bo przecież ukochana owieczka chce piasek powąchać. Bo przecież "bez sensu żadnego" pakować tyle spodni, skoro lepiej zabrać mikser zabawkę, żeby się móc z koleżanką bawić.


A potem biegały. Zachwyt wzbudzały. Zwłaszcza u siebie, ale i inni uwagę zwracali. Przecież morskie księżniczki musiały czarować. Zamki z piasku wznosić. Łopatkami się tłuc. Trochę piaskiem sypać po sobie i wszystkich naokoło. Odbiegać za daleko i niepokój u matek wzbudzać. W końcu morskim księżniczkom wolno. W zamian kamieni naniosą. W zamian muszlami obdarują... I uśmiechem szczęśliwego dziecka. Takim zachwyconym uśmiechem, dzięki któremu przechodzi złość i się chce. Chce się wywoływać ten uśmiech i ten zachwyt.






Przepadłam. Zakochałam się w szumie morza. W rozdziawionej z zachwytu paszczy Demolki, gdy pierwszy raz morze zobaczyła. I wiem jedno. Jeśli tylko Ania nie ucieknie z wrzaskiem na nasz widok, to jeszcze tam zawitamy. Chociaż na razie tolerancyjna dla nas była. Nawet, gdy Demolka z rozpędu po jej szklankę sięgała. 
-Demolka! To nie Twoja szklanka! Twoja jest obok! 
-Acha...
Tak. Wypluła. Wypluła do szklanki wszystko, co wcześniej nabrała do ust. I jak gdyby nigdy nic, sięgnęła po druga szklanką... Swoją.
Z takich sytuacji mogły się śmiać tylko mamy*. Z pełnych politowania spojrzeń w autobusie, gdy dziewczynki rozpoczęły kolejną serię "dlaczego, dlaczemu, jak, gdzie, po co, kiedy" też ubaw był. I wniosek taki niewielki... Dwie takie gaduły, z tak małą różnicą wieku to szaleństwo! Totalnie urocze, doprowadzające do obłędu szaleństwo!















I ja też skalałam. Po falach. Po piasku. I nawet uciekałam na równi z dzieciakami przed tymi wyższymi falami. W końcu raz się żyje!






*a moje szanowne dziecko urządziło histerię, że się śmiejemy z niej :P

Internetowa znajomość

Świat pędzi do przodu. Krąg znajomych już nie zamyka się w wiosce, czy gminie najbliższej. 

Coraz częściej tłumy znajomych w sieci. Znajomych tylko internetowych. O których wie się tyle, ile sami powiedzą, czy udostępnią. 
Coraz częściej znajomości z sieci przechodzą do realnego życia. Ba! Teraz to i małżeństwa w sieci zapoznane. Przyjaźnie największe.


I niby straszą kłamcami, straszą oszustami, ale tych dobrych znajomości ze świata online przybywa. Sama wiele do świata realnego przeniosłam. I teraz też. Jadę na drugi koniec kraju. Do kobiety, której ciążami się cieszyłam. Do dzieciaków, których daty urodzenia znam lepiej niż daty urodzenia dzieci kuzynów. Do kobiety, którą do tej pory widziałam tylko na zdjęciach. W końcu poznać osobiście. Pogadać.
Do Gdańska. Do Ani z Zawód Mama. Żeby Demolkę z morzem zapoznać. Żeby samej sobie przypomnieć, po kilkunastu latach, jak to morze wygląda. Żeby poznać "na żywo" ciekawych ludzi. I odpocząć. Od codzienności. Wsi na końcu świata. Otoczenia.

Post będziecie pewnie czytać, gdy ja już na miejscu będę odreagowywać traumę związaną z 10 godzinami w pociągu sam na sam z Demolką. 
Trzymajcie kciuki, żebyśmy w realnym świecie, dogadały się z Anią równie dobrze jak online. I żeby dzieciaki znalazły wspólny jezyk, bo Demolka pełna planów i marzeń o wspólnych zabawach. 

Wracamy za kilka dni z naładowanymi bateriami!

Przepis na chleb

Nieidealny. Tego idealnego wciąż szukam. A może nigdy nie znajdę? Bo idealny to tylko Babcia potrafiła. W piecu, na mące z własnego zboża. Taki z zaczynu prawdziwego, co to się go zostawiało na dnie wielkiego, emaliowanego gara na cały tydzień. Taki pachnący miłością i domem. Z krzyżem na górze wielkich bochenków... I wyrabiany w sobotę o świcie "żeby na niedzielę świeży był".

Ten, aż tak cudny nie jest. Ale już dawno obiecałam przepis i tak mi zeszło. Ok! Dlatego, że chwilę go nie piekłam, a chciałam chociaż jedno zdjęcie wstawić. 

Chleb. Ilość na dwie keksówki. Szybki, smaczny i taki domowy. Bo co jak co, ale ja życia bez chleba sobie nie wyobrażam. Bez dobrego chleba. Pachnącego, z chrupiącą skórką i miękkim środkiem. Pasującego prawie do wszystkiego. A ja wybredna i jak mogę to wolę sama upiec, niż "sklepowy" kupować.

Przygotować trzeba:
  • 1 kg mąki (4 szklanki pszennej i 2 szklanki żytniej)
  • 5 dkg drożdży
  • ok litr ciepłej wody (lub serwatki - wtedy jest bardziej kwaśny)
  • 1 łyżka soli
  • 1 płaska łyżka cukru
  • 3 łyżki oleju
  • dodatki! czyli co kto lubi, to wrzuca. Słonecznik, otręby, pestki dyni, sezam, płatki owsiane, siemię lniane... Na co macie ochotę! 1,5 - 2 szklanki "śmieci" ulubionych*

I do dzieła!
Najpierw zaczyn:
Drożdże, cukier, szklanka wody i szklanka mąki do wielkiej miski i wymieszać. Powstaje mazidło o konsystencji gęstej śmietany. Wbrew temu, co Demolka usilnie próbuje robić, to NIE JEST maseczka na twarz. To ma sobie postać chwilę w ciepełku i podrosnąć.


A potem już prosto. Reszta mąki, sól, olej do zaczynu. W międzyczasie stopniowo dolewać ciepłą wodę. Ciasto nie może być zbyt gęste. W końcu po pierwszym wyrobieniu dziecko musi wpakować do niego "śmieci". Gdy ciasto (z dodatkami) odchodzi od ręki zostawić do podwojenia objętości.
Potem znowu wyrobić, podsypać delikatnie mąką i uformować chlebki w keksówkach. Tak do wysokości 3/4 formy. I znów ma rosnąć. 30-40 minut.
Wstawiamy do nienagrzanego(!) piekarnika, na ok 40-50 minut. Temperatura: 180 stopni.



Zaraz po upieczeniu dobrze jest posmarować skórkę dobrym masłem, lub mlekiem żeby była bardziej błyszcząca i chrupka.
A potem już tylko chrupać! Z masełkiem... Z ogóreczkami kiszonymi. Dżemem jeżynowym, czy innymi pysznościami, które w domu znajdziecie.

-Mamo! Po co zdjęcia chlebkowi robisz?
-Na bloga
-To z pomidorkiem zrób! Z pomidorkiem!
-Ale czemu z pomidorkiem?
-Żeby... Żeby dziadkowi miło było!

No to wiecie... Żeby Dziadkowi miło było, to nawet powiem, że dzięki Niemu, co rano na śniadanie mamy z Demolką pyszne, słodkie i soczyste pomidory. A taki chlebek z wiejskim masełkiem i świeżym pomidorem na śniadanie... Poezja! 


*jak się każe to dzieciakowi przygotować, to mniej przeszkadza przy reszcie...

Bo dziecko chce być dzieckiem

I stało się. To na co Małż czekał, aż w ciążę zaszłam, a czego ja się bałam odkąd Małża poznałam. Basen, miłość Małża, co to nie raz mi konkurencję robiła. Basen, mój strach, bo ja to nigdy nie byłam fanką Arielki, morskich wypraw, czy innych wodnych atrakcji. Wanna pełna piany pachnącej to dla mnie zbiornik wodny idealny.
Demolka okazała się córunią Tatusia. Po pierwszych kilku minutach zaskoczenia ilością wody diabli wzięli ostrożność. Tylko się darła jak któreś z nas chciało Ją podtrzymać. Że woda w buzi i nosie? Że ręce i nogi koordynacją to przypominały... Nie, w sumie niczego nie przypominały. Po pół godziny można było nawet na upartego nazwać to pływaniem. W każdym razie było dużo śmiechu, chlapania, okrzyków i radości. A dzieciak przy okazji się pływać uczył. Na wesoło.

W pewnym momencie dwójka dzieciaków się zbliżyła. Jeszcze nóg do basenu nie włożyli, a już padły rozkazy
-Ty kraulem, a ty jedna strona kraulem, a w drugą na plecach. Cała długość basenu!
I to dopiero początek był. Potem już cały czas było słychać, że mają mocniej, szybciej, więcej, dokładniej, lepiej. Cały czas kolejne zadania, długości, style, wyławiania. 
Nie na mnie krzyczano, a ja stres czułam. Kpiące spojrzenie, że zamiast pływać to tylko się chlapię, też czułam. Cóż... Mówi się trudno i płynie się dalej. Albo chlapie, jak w moim przypadku.
Kolejne rozkazy, kolejne polecenia, Dziadzio trener zatrzymujący obcych ludzi, bo "Pani spojrzy! Czterech lat jeszcze nie skończył i jak pływa!"
Faktycznie. Pływał świetnie. Jego starsza siostra też. Tylko te miny bez cienia uśmiechu. Te próby odpłynięcia do zjeżdżalni, gdy tylko dziadek wzrok odwrócił. I ten chłopiec, co  pewnym momencie na Demolkę pokazał i płaczliwym głosem zapytał
-a dlaczego ona może się bawić???

Dzieci są dziećmi. Mają się bawić. Cieszyć się życiem. Zarażać swoim beztroskim uśmiechem i radością cały świat. I wiem, że żeby talent się rozwijał potrzebne jest mnóstwo pracy. Mnóstwo ćwiczeń, mnóstwo wsparcia ze strony dorosłych. Bo to od dorosłych zależy, czy talent nie zginie przez słomiany zapał. To dorośli dopingują, wspierają w słabsze dni, motywują. Ale dziecko ma prawo być dzieckiem. Ma prawo się cieszyć i bawić. I uczyć się przez zabawę też ma prawo. Bo jest dzieckiem. 


Bujaj się matka

Byłam w ciąży to się bujałam. Zwłaszcza pod koniec, żeby nie wyć z bólu, gdy kręgosłup dawał w kość.
Przy porodzie to sama nie wiedziałam, czy się bujać czy nie. W sumie to więcej się darłam na Małża... Ale rytmicznie. Przy bujaniu.
A potem to już z górki poszło. Kolka? Huśtałam. Wrzaski bliżej niezidentyfikowane? Bujałam. Nie dla dobra dziecka. Dla swojego dobra. Psychicznego. Bujałam się, powtarzając jak mantrę "to moje dziecko, kocham je... I ta trzecia godzina darcia bez przerwy tego faktu nie zmieni". W chuście kołysałam jak szalona. Wiecie jakie mięśnie brzucha? Jak człowiek pół dnia biodrami kręci? Z nogi na nogę przestępuje?
A wózek? W pewnym momencie to nawet sklepowymi jeździłam tam i z powrotem. Dziwne spojrzenia ludzi naokoło mi to uświadomiły. 

Ma 2,5 roku a mi ten odruch dalej nie minął. Czasami nawet dziecka na rękach nie potrzebuję. Ale jak już to dziecko na rękach jest... Można huśtać, tulić i całować, bo:
-husianie takie jest najfajniejsiejsze. Z serducha wychodzi. I pomaga. Pomaga na smuteczki.


Odżywka do włosów

Córka to specyficzna sprawa. Kokardki, sukienki, bajki o księżniczkach. Zakupy wspólne...
-Mamo! Oszalałaś?!? To mi podrapie włosy!
-Kochanie. Nie krzycz. W sklepie jesteśmy. Nie krzycz na mnie. Nie podrapie. To olejek. Odżywka taka. Żeby włoski były miękkie i się dobrze czesały...
-Oszalałaś... Na obrazku są kolce! Kolce drapią! DRAPIĄ! A drapanie szarpie włosy. I boli!


Gdyby spojrzenie mogło zabijać to temu ochroniarzowi z Rossmanna już dawno by "Anielski orszak" śpiewali. Że też się nie zakrztusił, skoro mu tak wesoło było. Wszystko wszystkim, śmiech rozumiem, ale paluchami pokazywać?!? Demolka wie, że palcami niegrzecznie. Całą dłonią pokazuje. Albo stopą jak ma kaprys taki.


Chwilę mi zajęło przekonanie Demolki, że z tego aloesu to tylko sok wzięli, a nie kolce. Co to aloes, gdzie rośnie i inne dziwne rzeczy też tłumaczyłam. Chwała Małżowi co mi sensowny telefon ostatnio kupił, bo mogłam na bieżąco zdjęcia z neta pokazać*. I tak gadałam, gadałam, obrazki pokazywałam. I chyba nie przekonałam do końca. Wkładając pudełko do koszyka usłyszałam krótkie:

-No dobra, dobra... Ale Ty smarujesz pierwsza!



*jak dawniej ludzie sobie radzili z miliardami dziecięcych pytań bez wujka Google pod ręką, to ja nie wiem...

Jestem bohaterem

Jest na świecie jedna rzecz... Strachem mnie napawa. W sumie to paniką bardziej, bo zawsze kończy się wrzaskiem, krzykiem, płaczem i wręcz paraliżem. 

Tak, jestem z tych, co to na najmniejszego pająka wyciągają odkurzacz, a potem wciągają do rury żwir z chodnika, żeby dobić drania. 
Tak, to ja wybiegłam z przeraźliwym* krzykiem i przebiegłam pół wsi, gdy u kolegi terrarium zobaczyłam. Z ptasznikiem. Okropnym. A miało być miło i sympatycznie. Jakkolwiek to nie zabrzmi, to się uczyć mieliśmy. To jakoś przed maturą było.


I mieszkam w domu... Nad rzeką. I te potwory najokropniejsze tu się czasem pojawiają ku mojej rozpaczy.
A wszystkie potwory wychodzą nocą... Pomimo tego, że co wieczór cały pokój odkurzony tak, że test białej rękawiczki szanownej Perfekcyjnej to pikuś jest. 

Mikrozawał. Cała seria. Panika totalna, gdy się lampkę włączy, żeby znaleźć tego komara co nad uchem bzyczy, a się zobaczy na ścianie cień koszmaru. Wstrętnego koszmaru na łóżeczku Demolki. Łażącego po barierce... Blisko tego malucha śpiącego spokojnie. Za blisko, by pędzić po odkurzacz. 
Jestem bohaterem swojego domu! A przynajmniej czuję się jak bohater, pokonałam swój przeraźliwy strach. Zatłukłam! A potem porwałam Demolkę i tuliłam... Do rana. I nic, że poduszka mokra od łez. Udało mi się! Samej! Obroniłam dzieciaka! 

I... I chyba, gdyby chodziło o mnie to bym uciekła tylko. A dla niej dałam radę. Bo obiecałam, że zawsze zrobię wszystko żeby bezpieczna była.



*Podobno. W sumie to w jakimś transie byłam i sama siebie nie słyszałam.

Wakacje w bibliotece: Pippi Pończoszanka

Czasem trudno znaleźć dzieciakowi zajęcie. Zwłaszcza, gdy na place zabaw daleko, gdy w rodzinie maluchów nie ma, a u sąsiadów to tylko nastolatki, lub emeryci.
I dlatego cieszę się, że u nas biblioteka taka, a nie inna. Że nawet w wakacje coś dla dzieciaków zorganizowane. Że dzieci książki posłuchają. Porysują, poprzekrzykują się. W klasy pograją. Wiecie, że pierwszy raz w życiu w klasy grałam? Za moich czasów, jakkolwiek to brzmi, to się w gumę skakało... I nic, że my dorosłe niby mamuśki i bibliotekarka miałyśmy więcej śmiechu od dzieciaków. Dzieciom nie przeszkadzało! Nic, a nic nie przeszkadzały im nasze wygłupy!

Dlatego wystarczyło mi krótkie hasło: Zajęcia z Pippi. I tyle. W domu krótkie opowiedzenie Demolce historii, żeby wiedziała o co biega, drucik w warkocze, piegi kredką do oczu i jest. Moja mała Pippi z koniem pod pachą, kolorowymi podkolanówkami i uśmiechniętą miną. Bo są dzieci, bo jest zabawa, bo wycinanie i klejenie. 

A Demolka, chociaż najmłodsza zazwyczaj, szkrab taki plątający się starszym pod nogami wyjścia do biblioteki uwielbia. To zaangażowanie, gdy starszym wizję psuje, tfu... Udoskonala! Kłócić się i swoje racje udowadniać próbuje. Ze społeczeństwem się pozarodzinnym oswaja. I obserwuje. Naśladować chce. Wycinanie, klejenie, rysowanie. Czy to tworzenie domku dla Pippi, czy wycinanie łat na sukienkę, żeby bardziej bohaterkę przypominać. 
Takie wakacje w bibliotece. W sam raz dla Demolki, która średnio 15 razy dziennie woła "Maminku! A poczytaj mi troszku..." 








 





Choroba lokomocyjna u dzieci

Masakra. Jedna wielka masakra. Dzieciak się męczy. Rodzic się stresuje. Rodzic się męczy widząc jak się dziecko męczy. Każda, krótka nawet, podróż potrafi stać się horrorem. Tylko tu nie ma budzącej grozę melodii przed. Tu jest zaskoczenie. Zwłaszcza pierwszy raz. Zwłaszcza jak bezmyślny rodzic nie spakuje zapasowych ciuchów. Dla siebie i dla dziecka... A tu taka wizyta u lekarza ponad godzinę drogi od domu. I poczekalnia pełna ludzi. Zapasowa tapicerka też by się przydała.... 

Znam jeden sposób. Skuteczny. Coś w stylu szklanka wody zamiast... Odpuścić jeżdżenie. Przesiąść się na rower i pociąg. Wszystko inne jest zawodne w mniejszej, czy większej mierze.
Zaklejony pępek? Ma pozytywy... Dał chociaż czas żeby się zatrzymać. A nie nagłe wymiotowanie bez ostrzeżenia.
Lokomotivy i inne medykamenty? Może to tylko Demolka. Prawie na pewno to tylko Demolka. Ale po nich nawet 5km nie przejechała... Czyli nawet do najbliższego miasteczka... Takiego, co to jak się chce cokolwiek poza chlebem mieć, to już trzeba jechać. 
Herbatki imbirowe, miętowe, magiczne opaski i inne takie? Działają na Demolkę tak samo jak na mnie w czasie ciąży. Wspominałam kiedyś, że pół ciąży modlitwy do tronu odbębniałam? No to działają tak samo na nas obie.

Uwielbiam to, że moje dziecko jest już kumate. Że wie co się z nią dzieje. Łączy przyczynę i skutek. Że omijając autostrady jesteśmy w stanie jechać już wszędzie. Byle tylko szybko się zatrzymywać na słowa "stać!", nawet jeśli są ciche. Cichutkie. Ledwo słyszalne. Czasem co 100 metrów się zatrzymywać. Coraz częściej jechać 50 km bez zatrzymywania.
Uwielbiam to, że jest coraz lepiej. Że ostatnie podróże bez katastrof. Że zaczyna Jej przechodzić. Zwłaszcza, że ja koło niej z tyłu nie pojadę... Mnie do końca do dziś nie przeszło. Dalej mnie mdli. 

Jedz jabłka.

Najpierw kilka dni bez internetu, teraz zepsuty komputer. Ale w końcu nawet ja załapałam, że mogę coś poza Fb na telefonie sprawdzić. I żałuję. Zaproszenia do wzięcia udziału w medialnej zabawie dostałam. Zaproszenia, nie jedno zaproszenie. Wesoło. Pośmiać się można. Zdjęcie z jabłkiem wrzucić. Może ktoś jeszcze konkurs na najciekawsze zdjęcie zorganizuje.

Jestem nudziara bez poczucia humoru. Na to wychodzi, bo nie do końca bawi mnie to, co cały internetowy świat. A zawsze myślałam, że jakieś to poczucie humoru mam. Może nie najwyższych lotów. Może nie takie jak wszyscy. Może dziwne, ale mam! A tu pora zweryfikować pogląd na ten temat, bo chyba jednak nie mam. Żadne ze spotkanych zdjęć, czy fantazyjny mem z hasłem "jedz jabłka na złość Putinowi", chociażby nie wiem jak ciekawy, kreatywny i wyjątkowy... Nie bawi mnie.

Media społecznościowe oszalały. Jabłka są wszędzie. Hmmm... Ja na serio doceniam ich potęgę. Mediów znaczy się. Bo nie raz pokazali ludzie, że można w sieci zrobić akcję o olbrzymim zasięgu i świetnych efektach. Ale ile ta zabawa będzie trwała.... Ile zjedzą tych jabłek, czy innych owoców i warzyw objętych zakazem. Ilu ludzi poniesie realne straty. Takie całkiem realne, w złotówkach liczone, a nie w like`ach, komentarzach i liczbie udostępnień. Dla nich to raczej takie śmieszne nie jest.

Ale spokojnie!
Jest akcja jest zabawa!


I nieważne, że wszelkie akcje Teraz Polska, Dobre, bo nasze i inne namawiające do korzystania z polskich produktów są od dawna. I że tak jak jeden z sadowników powiedział „Taka akcja od 30 lat powinna już być”.
Ważne, że teraz dziennikarze się pośmieją, politycy się pośmieją, wszyscy się pośmieją. Tylko Ci sadownicy coś krzywy ten uśmiech mają patrząc na roześmianych polityków.

Hity lipca


Lipiec zdecydowanie książkowy u nas. Dużo. Mnóstwo książek. W końcu nowe pozycje w lokalnej bibliotece się pojawiły. 

"Jeśli bocian nie przyleci, czyli skąd się biorą dzieci." Agnieszki Frączek

Są takie tematy, które bez wsparcia literaturowego czasami trudno w słowa ubrać. Trudno wytłumaczyć dzieciakowi małemu. Zwłaszcza, gdy nie można czegoś odwlec w czasie, bo sytuacja pojawia się w bezpośrednim otoczeniu. 
Mocno zaawansowane rozmowy o dzieciach, ich pojawianiu się na świecie musiały w końcu pchnąć nas w temat adopcji. I tu jest... Książka z genialnym tekstem, pisana z perspektywy dziecka właśnie. O rodzicach tęskniących za dzieckiem. Szukających go. Rymowana, prosta opowieść A jednocześnie tak miło przedstawiona, że czytana ostatnio wiele razy. I pewnie jeszcze wiele razy czytana będzie, bo Demolka za nic nie chce jej oddawać.




"Proszę mnie przytulić" P. Wechterowicz i E. Dziubak

Broniłam się. Długo się broniłam, bo jak coś widzę w wielu miejscach to się odstraszana czuję. A ta książka to z tych co z lodówki wyskakują. Na blogach o niej było, i w jakichś czasopismach się natknęłam. I... I teraz chyba zmuszona jestem kupić własny egzemplarz do domu, bo w końcu nawet w naszej bibliotece się wkurzą na nas. 3 miesiące to trochę długo. Ale wciąż Demolka nie  czuje się gotowa jej oddać. Ja się nie czuję gotowa na to rozstanie. To taka historia do czytania co dzień. Dla dobrego humoru. Dla uwielbianych przeze mnie ilustracji. I takiego wydania, które aż się chce brać w ręce. 
I ten temat. Prosty. Oczywisty. "Przytulaśny". A jednak ujęty w świetny sposób, bo wiecie... "naprawdę najlepsze jest mocne przytulenie się kogoś"





Galaretka aloesowa
Żeby nie było, że tylko książkowo tym razem. Moje kosmetyczne odkrycie lata. Galaretka. Zimna, wręcz lodowata, która rewelacyjnie łagodzi swędzenie po ukąszeniach owadów, co okazuje się zbawieniem dla mnie i Demolki... No i super sprawdza się jako nawilżająco-łagodzący balsam do ciała. Zwłaszcza po depilacji. Zwłaszcza po wosku na gorąco. 
Podobno zastosowań ma bez liku... Nie wiem. Trudno mi wierzyć, że coś działa na "wszystko". Ważne dla mnie, że zdecydowanie zmniejszyło się tempo powstawania nowych rozdrapanych strupów na ciele Demolki. Jak jeszcze te co są, zagoją się bez blizn, to może będzie jeden powód do wycia mniej, gdy nastolatką będzie.