Bez ładu i składu, ale ze strachem w oczach
Miało być o czym innym. Miało być wesoło i optymistycznie. Z polotem. A będzie z tłukącym się wciąż sercem w piersi i przerażeniem zabierającym powietrze. Woda. Jeden z żywiołów. Nie do ogarnięcia. Dziś się Matka o tym brutalnie przekonała. A rano słońce było. Piękne. Chmury się gromadziły, ale nic katastrofy nie zapowiadało. Spacer był, Matka oplewiła jarzyny. Obsiekała nawet maliny ciesząc się, że taaakie piękne krzaki kwitnące z tych badyli, co to przywlekłam rok temu...
Potem Demolka spać poszła, a Matka poleciała piechotą do Ciotki po mleko. Drugi koniec wsi. 30 minut... Tyle mnie nie było. Wracałam z deszczem siekącym z całych sił. I burzą z piorunami. Z 15 cm strumyka płynącego przy płocie zrobiła się rwąca rzeka, która zalała most. Nie mogłam się do własnego dziecka dostać... Dziecka, które panicznie się boi burzy!
W niecałą godzinę najadłam się strachu takiego jakiego nie doznałam od ponad roku*. Brat odcięty od domu w zalanej podstawówce. Ja odcięta od dziecka. Mama krzycząca z balkonu, bym nawet nie próbowała się do nich przedostać. Podwórko odcięte od świata. Mąż, brat w pracy, a droga nieprzejezdna. Straż wyje, ludzie krzyczą. Ktoś wpadł w nurt. Strażak zdążył złapać. Woda. Wszędzie woda. Woda przybierająca w tempie, jakiego nie byłam sobie w stanie wyobrazić.
Fala opadła w miarę szybko. Zostawiła pobojowisko. Połamane ogrodzenie. Wszystko jest zniszczone... Całe uprawy. Wszystko pokryte mułem, gałęziami. Jedna wielka połać błota. A miało być ekojedzonko. A miało być taniej i zdrowiej.
Łącznie 2 godziny. Dwie godziny horroru**.
*3-miesięczna Demolka w szpitalu, zapalenie płuc, podawany tlen, zanikający oddech
**wie Matka, że szczęście, bo do domu nie weszło, że inni mają gorzej. Ale stanu emocjonalnego to nie zmienia.









kochana, co ja Ci napisać mogę.. jak Twoja Demolka? chrzań te warzywa, cholera jasna! ja się cieszę, że mimo wszystko nie w domu, że nie dotarło do środka, że cała i zdrowa jesteś, że to nie Ty w nurt wpadłaś... nie znam Cię, a mnie coś ścisnęło w sercu. Trzymaj się tam, mocno!
OdpowiedzUsuńNo właśnie - jak Demolka?
OdpowiedzUsuńDemolka OK. Babcia wytuliła, wycałowała i nawet jagodzianki zrobiła na ukojenie nerwów Wnusi. Ale teraz odkleic się ode mnie nie chce ;) I coś czuję, że będziemy spały razem.
OdpowiedzUsuńO jezusie... W zyciu bym nie pomyslala, ze tak Was zalac moze!! Wysoka ta woda okropnie!! Trzymajcie sie :*
OdpowiedzUsuńMatko! Tyle się słyszy w TV o tych zalaniach, podtopieniach, a człowiek nie myśli, że to może dotyczyć także blogującej mamy :(
OdpowiedzUsuńŚciskam!!!
Boziu Kochana! Aż wierzyć się nie chce że to tak szybko wszystko ... Jak woda? Opadła już całkowicie? Włosy mi dęba stanęły jak czytałam. Dobrze że z Demolką ok. I z Tobą. Czasem tak nie wiele trzeba ... brrr ...
OdpowiedzUsuńW ciągu dwóch godzin przybrała i opadła... Fala. Wielka i zabierająca wszystko.
UsuńStraszne.. jak w scena z filmu katastroficznego :( Nawet sobie nie wyobrażam co tam się działo w Twoim serduchu. Ale najważniejsze, że Demolka i Ty macie się już dobrze i jesteście razem. Trzymajcie się!!!
OdpowiedzUsuńOkropność..dobrze, że dom cały! i Wy!
OdpowiedzUsuńDobrze ze Wam się nic nie stało..
OdpowiedzUsuńStraszne, dobrze że nie stało się nic więcej.
OdpowiedzUsuńAż się cieszę że u nas nie ma takich "atrakcji"...