Dziecko w kawiarni
Mieszkam na końcu świata. Takim, że nawet w pobliskim miasteczku znalezienie sensownej kawiarni jest trudne. Takim, że wyjście "do ludzi" z dzieckiem nie jednokrotnie wiąże się z całodzienną wyprawą. A jednak uważam, że to konieczne. Że tak trzeba. Że taki świat. I że dziecko musi czuć się swobodnie w wielu miejscach, które dla mnie jako dziecka były obce*.
Nie pamiętam, kiedy sama pierwszy raz byłam w restauracji, czy kawiarni. Teatr, czy kino odwiedziłam chodząc już do szkoły. I wcale nie czułam się komfortowo wśród bardziej obytych dzieciaków. Zwłaszcza obawiając się, że te potem wyśmieją, czy w inny sposób skrytykują. Teraz chcąc wyjść sama gdziekolwiek, zazwyczaj muszę zabierać Demolkę. Małą Demolkę. Po pierwsze, zostawić nie mam z kim, a z drugiej strony chcę, aby się przyzwyczajała do miejsc publicznych. Żeby się czuła komfortowo w przyszłości.
Siada przy stoliku, karty żąda... I nic, że do góry nogami ją trzyma. Dumna, bo wychodzi z mamą. Na "dziewczyński dzień". Że może sama wybrać stolik przy którym usiądziemy i ma wpływ na zamówienie. Czuje się swobodnie, a ja, gdyby nie to, że gada jak najęta, to naprawdę nie mogłabym się doczepić zbyt wiele.
Zazwyczaj wyjście okazuje się naprawdę miłym przeżyciem dla nas obu. Z czasem każde staje się coraz mniej męczące i stresujące. Za każdym razem Demolka czuje się pewniej. Czasem może za bardzo pewnie.
Nie pamiętam, kiedy sama pierwszy raz byłam w restauracji, czy kawiarni. Teatr, czy kino odwiedziłam chodząc już do szkoły. I wcale nie czułam się komfortowo wśród bardziej obytych dzieciaków. Zwłaszcza obawiając się, że te potem wyśmieją, czy w inny sposób skrytykują. Teraz chcąc wyjść sama gdziekolwiek, zazwyczaj muszę zabierać Demolkę. Małą Demolkę. Po pierwsze, zostawić nie mam z kim, a z drugiej strony chcę, aby się przyzwyczajała do miejsc publicznych. Żeby się czuła komfortowo w przyszłości.
Ile razy się stresowałam, że Demolka wiecznie zostawia za sobą ślady w postaci pomalowanych podłóg, popsutych zabawek, rozsypanych wszelkich rzeczy, które nadają się do rozsypania. Że często krzyczy, głośno gada, śpiewa, niszczy i sieje ogólnie pojęte zniszczenie. Jak znaczna część dzieciaków. Bałam się, że wyjście "do ludzi" skończy się katastrofą i moją nerwicą. I co? Zazwyczaj pełne zaskoczenie.
Czasem trafi się lokal stworzony dla rodziców z dzieciakami, częściej taki, co nawet kącika dla dzieci nie ma. Dopóki nie przeszkadza otoczeniu, a mnie by obce dziecko tak zachowujące się nie przeszkadzało, staram się powstrzymywać od zbyt wielu komentarzy na temat zachowania.
Wołanie do barmana w przypadkowym klubie dla gości w wieku 21+, gdzie tylko nagła konieczność odwiedzenia toalety nas zagnała mnie zaskoczyło. Barmana tym bardziej.
-Panie kelnel! Kawusia dla mamy, a dla mnie soczek. Baldzio ploszę!**
* w sumie się nie dziwię, bo wlec gdziekolwiek dzieciaka z chorobą lokomocyjną to nic ciekawego.
** przy okazji polecam jako sposób na darmową kawę ;-)










I ostatnia sytuacja z barmanem mnie rozłożyła na łopatki :) Obrotną masz córcię :]
OdpowiedzUsuńTeż mieszkam w małej miejscowości i do miasta mam kilkanaście km, więc Ciebie rozumiem..Moja to dzikusek, ale zwalam na wiek. Chociaż może też dlatego, bo nie mieszkamy w dużym skupisku ludzi i jest przyzwyczajona do spokoju. Wkurza mnie to jednak, bo jak chcę coś z małą załatwić to często rezygnuję. Ona chce na ręce, jęczy, bo się boi, a ja nie mam siły nosić takiego klocka. Ciekawe czy to jej przejdzie? Twoja też taka była?
OdpowiedzUsuńU mnie bardzo pomaga dokładne wytłumaczenie co, gdzie, kiedy i jak. Nieraz calutka droga tłumaczenia. Godzinna droga :/ Co do strachu to ok 1- 1,5 roku miała takie akcje. Do dziś się zdarzają histerie, bo za blisko podejdzie ktos obcy, ale na szczęście coraz rzadziej. Inna sprawa, że więcej ją wlokę ze sobą autokarami, pociągami i więcej ludzi spotyka na swojej drodze.
UsuńSwojej nie podnoszę już praktycznie wcale. Jak to sobie oswoję to na ten temat napiszę. :)
W każdym razie - z czasem lepiej! :)
Oby lepiej, bo to utrudnia życie ;) Ale to pojedyńcze przypadki kiedy zabrałam małą na zakupy, bo to dwa razy większe zmęczenie :) Wolę mieć spokojną głowę. Co do noszenia to ja też nie noszę, bo to prawie 12kg plus ubranie (dobrze, że robi się cieplej). Nawet po schodach w domu sama chodzi, bo gdyby ją jeszcze nieść to nogi posłuszeństwa odmawiają :)
Usuńmimo, że z dziewczynami chodzę dużo. bywa wśród ludzi to obcemu nie da się dotknąć, nie pozwala zagadać, od razu się za mnie chowa.
Usuńzwalam na wiek, przejdzie z czasem. wolę tak, niż mieć dziecko cygana, które z każdym pójdzie.
uwielbiam z nimi gdzieś wychodzić.
ps. jakie stylowe futerko ma Olka :)
Strach, a panika to dwie różne sprawy - nie rozróżniłam ;) Demolka sama obcych nie lubi za bardzo. "Cygańskie" dziecko z niej nie będzie... Wtula mi się w nogę jak ktoś obcy zagada. Niby coraz częściej odpowiada na pytania, ale zdawkowo i wcześniej rzucając mi kontrolne spojrzenie, czy powinna odpowiedziec :P Ile ja mam łatwiej w dziekanacie dzięki Niej to moje ;-)
UsuńZ wiekiem przeszły ataki totalnej PANIKI (wrzaski, szloch, duszenie się wręcz z płaczu), gdy obcy naruszy jej przestrzeń :) Tylko czasem się zdarzą... Jak ktoś obcy do nas do domu wejdzie ;-)
PS. A wiesz ile się nie mogłam przekonac do zakupu? :P
dobrze zrobiłaś, że je kupiłaś :)
UsuńHmm, kawiarnia... Chętnie bym się wybrała. Z Fiołkiem nie zdarzyło nam się wychodzić do restauracji czy kawiarni, bo u nas nie ma w ogóle takich miejsc ("urok" małych miejscowości) więc trudno mi stwierdzić jak by to wyglądało. Ale popieram pomysł, by dziecko oswajać z takimi miejscami :) Za to rok temu byliśmy na weselu, gdzie było mnóstwo obcych ludzi i choć początkowo była mocno zawstydzona i wycofana dała radę, a później nawet robiła furorę na parkiecie :) Pozdrawiamy.
OdpowiedzUsuńOj, znam ten "urok". U nas 40 - 50km, zależy w którą stronę się wybiorę ;-)
Usuń:)
OdpowiedzUsuńJa zabieram gdzieś tak w 50 % wyjść. No, ale na to wpływa to, że mieszkam w mieście ( 80 000 mieszkańców ale kilka kawiarni mamy). No i mam z kim zostawiać.
Ale w pełni zgadzam się z tym, że dziecko musi się uczyć obycia.
My zabieramy Cali często do restauracji, czy kawiarni, a to dlatego, że nie mamy jej z kim zostawić, bo sami za granicą jesteśmy. ;)
OdpowiedzUsuńAle jej się to podoba. ;)
Mojej też ;-) Czasem aż za bardzo :D
Usuńoj trzeba brać dzieciaczka jak najczęściej i w jak najróżniejsze miejsca:)
OdpowiedzUsuń