2

05:51 Elenka 0 Comments

Nie wyrabiam. Uczelniane sprawy spadły na głowę* i czasu totalnie brak. Jednak dziecko to dziecko i czasu rodzica potrzebuje. Więc sobota była nasza. I żeby nie ciągnął komputer, książka i inni złodzieje czasu konieczne było wyjście z domu. Do Krakowa! Na ŁAŁ. Już drugie nasze. Pierwsze strzałem w dziesiątkę były. Tutaj tez się nie zawiodłam. 

Szok pierwszy: Demolki nie znudziło siedzenie przez godzinę w autokarze. Mnie za to znudziło się czytanie Kopciuszka i innych baśni Perraulta. Przez godzinę.

Szok drugi: Przeszła 3 kilometry bez marudzenia - jednak karmienie łabędzie i kaczek to nie lada motywacja.

Szok trzeci: O ile w domu brudzi się co chwilę dosłownie, tak nad Wisłą kazała się nosić, bo "gołąbki wśtlętne, kupsko zlobiły. Butki pobrudzą się!". A że Kraków jaki jest, to wszyscy wiedzą, to miałam 13 kilo na rękach, a potem długo wrażenie, że ramiona mi gdzieś odpadły...

Szok kolejny: Jak mi co chwilę ktoś mówi, że Demolka śliczna, urocza i grzeczna to się zastanawiam o kim Ci ludzie gadają? Moja Demolka? Ta co to goni po domu i drze się, że jest "czalny nindzia"? Cóż, przynajmniej poza domem buduje wizerunek słodkiej królewny. A ja chodzę dumna jak paw. 


A teraz kilka, dosłownie kilka zdjęć... Goniąc za Demolką na robienie więcej nie było czasu. Wystawców mnóstwo, niektórych już spotkałam, inni poznani po raz pierwszy. Mnóstwo sów, dresu, ale też rzeczy totalnie innych. Naprawdę fantastycznych.



Demolka co chwilę ciągła do Burr sprawdzać, czy sowy się już obudziły :P

Zośki Mamooni na spacer chciała wyprowadzać...

A w łóżeczku goszczą teraz "drewniaczki" od Malandia i "gwiazdkowa gwiazdka"

*bo sukcesywnie odkładane na ostatnią chwilę

0 komentarze: