Wakacyjny szał!

Wrzucanie posta pełnego zdjęć z nad morza to nuda... Ile można piasku, wody, muszelek oglądać.
A jednak... Ja ostatnio nad morzem 15 lat temu byłam. Musicie wybaczyć! I się cieszę. Każdą falą. Każdym ziarnem piasku. Każdą muszelką. A najbardziej to bezgraniczną radością Demolki i jej zafascynowaniem plażą. Tak, bo ja z tych turystów, co to poza plażą nie wybrali się nigdzie. Wystarczyła nam woda, piasek i doborowe towarzystwo. Bo co fajniejszego od kilkumiesięcznego szkraba, co to "mokre, fuuuj całusy daje", rozgadanej panienki, co piosenki nadaje z podobną częstotliwością co radio. Takie ustawione na stację muzyczną. I ich mamy, która okazała się w realnym świecie jeszcze bardziej sympatyczna, niż online.
Wakacje idealne.

Nawet z wielogodzinną podróżą pociągiem. Nawet, jeśli dziecko w czasie pakowania wyrzuca rzeczy z plecaka, że by swoje "niezbędniki" zmieścić. Bo przecież konik musi nad morze jechać, bo przecież ukochana owieczka chce piasek powąchać. Bo przecież "bez sensu żadnego" pakować tyle spodni, skoro lepiej zabrać mikser zabawkę, żeby się móc z koleżanką bawić.


A potem biegały. Zachwyt wzbudzały. Zwłaszcza u siebie, ale i inni uwagę zwracali. Przecież morskie księżniczki musiały czarować. Zamki z piasku wznosić. Łopatkami się tłuc. Trochę piaskiem sypać po sobie i wszystkich naokoło. Odbiegać za daleko i niepokój u matek wzbudzać. W końcu morskim księżniczkom wolno. W zamian kamieni naniosą. W zamian muszlami obdarują... I uśmiechem szczęśliwego dziecka. Takim zachwyconym uśmiechem, dzięki któremu przechodzi złość i się chce. Chce się wywoływać ten uśmiech i ten zachwyt.






Przepadłam. Zakochałam się w szumie morza. W rozdziawionej z zachwytu paszczy Demolki, gdy pierwszy raz morze zobaczyła. I wiem jedno. Jeśli tylko Ania nie ucieknie z wrzaskiem na nasz widok, to jeszcze tam zawitamy. Chociaż na razie tolerancyjna dla nas była. Nawet, gdy Demolka z rozpędu po jej szklankę sięgała. 
-Demolka! To nie Twoja szklanka! Twoja jest obok! 
-Acha...
Tak. Wypluła. Wypluła do szklanki wszystko, co wcześniej nabrała do ust. I jak gdyby nigdy nic, sięgnęła po druga szklanką... Swoją.
Z takich sytuacji mogły się śmiać tylko mamy*. Z pełnych politowania spojrzeń w autobusie, gdy dziewczynki rozpoczęły kolejną serię "dlaczego, dlaczemu, jak, gdzie, po co, kiedy" też ubaw był. I wniosek taki niewielki... Dwie takie gaduły, z tak małą różnicą wieku to szaleństwo! Totalnie urocze, doprowadzające do obłędu szaleństwo!















I ja też skalałam. Po falach. Po piasku. I nawet uciekałam na równi z dzieciakami przed tymi wyższymi falami. W końcu raz się żyje!






*a moje szanowne dziecko urządziło histerię, że się śmiejemy z niej :P

Internetowa znajomość

Świat pędzi do przodu. Krąg znajomych już nie zamyka się w wiosce, czy gminie najbliższej. 

Coraz częściej tłumy znajomych w sieci. Znajomych tylko internetowych. O których wie się tyle, ile sami powiedzą, czy udostępnią. 
Coraz częściej znajomości z sieci przechodzą do realnego życia. Ba! Teraz to i małżeństwa w sieci zapoznane. Przyjaźnie największe.


I niby straszą kłamcami, straszą oszustami, ale tych dobrych znajomości ze świata online przybywa. Sama wiele do świata realnego przeniosłam. I teraz też. Jadę na drugi koniec kraju. Do kobiety, której ciążami się cieszyłam. Do dzieciaków, których daty urodzenia znam lepiej niż daty urodzenia dzieci kuzynów. Do kobiety, którą do tej pory widziałam tylko na zdjęciach. W końcu poznać osobiście. Pogadać.
Do Gdańska. Do Ani z Zawód Mama. Żeby Demolkę z morzem zapoznać. Żeby samej sobie przypomnieć, po kilkunastu latach, jak to morze wygląda. Żeby poznać "na żywo" ciekawych ludzi. I odpocząć. Od codzienności. Wsi na końcu świata. Otoczenia.

Post będziecie pewnie czytać, gdy ja już na miejscu będę odreagowywać traumę związaną z 10 godzinami w pociągu sam na sam z Demolką. 
Trzymajcie kciuki, żebyśmy w realnym świecie, dogadały się z Anią równie dobrze jak online. I żeby dzieciaki znalazły wspólny jezyk, bo Demolka pełna planów i marzeń o wspólnych zabawach. 

Wracamy za kilka dni z naładowanymi bateriami!

Przepis na chleb

Nieidealny. Tego idealnego wciąż szukam. A może nigdy nie znajdę? Bo idealny to tylko Babcia potrafiła. W piecu, na mące z własnego zboża. Taki z zaczynu prawdziwego, co to się go zostawiało na dnie wielkiego, emaliowanego gara na cały tydzień. Taki pachnący miłością i domem. Z krzyżem na górze wielkich bochenków... I wyrabiany w sobotę o świcie "żeby na niedzielę świeży był".

Ten, aż tak cudny nie jest. Ale już dawno obiecałam przepis i tak mi zeszło. Ok! Dlatego, że chwilę go nie piekłam, a chciałam chociaż jedno zdjęcie wstawić. 

Chleb. Ilość na dwie keksówki. Szybki, smaczny i taki domowy. Bo co jak co, ale ja życia bez chleba sobie nie wyobrażam. Bez dobrego chleba. Pachnącego, z chrupiącą skórką i miękkim środkiem. Pasującego prawie do wszystkiego. A ja wybredna i jak mogę to wolę sama upiec, niż "sklepowy" kupować.

Przygotować trzeba:
  • 1 kg mąki (4 szklanki pszennej i 2 szklanki żytniej)
  • 5 dkg drożdży
  • ok litr ciepłej wody (lub serwatki - wtedy jest bardziej kwaśny)
  • 1 łyżka soli
  • 1 płaska łyżka cukru
  • 3 łyżki oleju
  • dodatki! czyli co kto lubi, to wrzuca. Słonecznik, otręby, pestki dyni, sezam, płatki owsiane, siemię lniane... Na co macie ochotę! 1,5 - 2 szklanki "śmieci" ulubionych*

I do dzieła!
Najpierw zaczyn:
Drożdże, cukier, szklanka wody i szklanka mąki do wielkiej miski i wymieszać. Powstaje mazidło o konsystencji gęstej śmietany. Wbrew temu, co Demolka usilnie próbuje robić, to NIE JEST maseczka na twarz. To ma sobie postać chwilę w ciepełku i podrosnąć.


A potem już prosto. Reszta mąki, sól, olej do zaczynu. W międzyczasie stopniowo dolewać ciepłą wodę. Ciasto nie może być zbyt gęste. W końcu po pierwszym wyrobieniu dziecko musi wpakować do niego "śmieci". Gdy ciasto (z dodatkami) odchodzi od ręki zostawić do podwojenia objętości.
Potem znowu wyrobić, podsypać delikatnie mąką i uformować chlebki w keksówkach. Tak do wysokości 3/4 formy. I znów ma rosnąć. 30-40 minut.
Wstawiamy do nienagrzanego(!) piekarnika, na ok 40-50 minut. Temperatura: 180 stopni.



Zaraz po upieczeniu dobrze jest posmarować skórkę dobrym masłem, lub mlekiem żeby była bardziej błyszcząca i chrupka.
A potem już tylko chrupać! Z masełkiem... Z ogóreczkami kiszonymi. Dżemem jeżynowym, czy innymi pysznościami, które w domu znajdziecie.

-Mamo! Po co zdjęcia chlebkowi robisz?
-Na bloga
-To z pomidorkiem zrób! Z pomidorkiem!
-Ale czemu z pomidorkiem?
-Żeby... Żeby dziadkowi miło było!

No to wiecie... Żeby Dziadkowi miło było, to nawet powiem, że dzięki Niemu, co rano na śniadanie mamy z Demolką pyszne, słodkie i soczyste pomidory. A taki chlebek z wiejskim masełkiem i świeżym pomidorem na śniadanie... Poezja! 


*jak się każe to dzieciakowi przygotować, to mniej przeszkadza przy reszcie...

Bo dziecko chce być dzieckiem

I stało się. To na co Małż czekał, aż w ciążę zaszłam, a czego ja się bałam odkąd Małża poznałam. Basen, miłość Małża, co to nie raz mi konkurencję robiła. Basen, mój strach, bo ja to nigdy nie byłam fanką Arielki, morskich wypraw, czy innych wodnych atrakcji. Wanna pełna piany pachnącej to dla mnie zbiornik wodny idealny.
Demolka okazała się córunią Tatusia. Po pierwszych kilku minutach zaskoczenia ilością wody diabli wzięli ostrożność. Tylko się darła jak któreś z nas chciało Ją podtrzymać. Że woda w buzi i nosie? Że ręce i nogi koordynacją to przypominały... Nie, w sumie niczego nie przypominały. Po pół godziny można było nawet na upartego nazwać to pływaniem. W każdym razie było dużo śmiechu, chlapania, okrzyków i radości. A dzieciak przy okazji się pływać uczył. Na wesoło.

W pewnym momencie dwójka dzieciaków się zbliżyła. Jeszcze nóg do basenu nie włożyli, a już padły rozkazy
-Ty kraulem, a ty jedna strona kraulem, a w drugą na plecach. Cała długość basenu!
I to dopiero początek był. Potem już cały czas było słychać, że mają mocniej, szybciej, więcej, dokładniej, lepiej. Cały czas kolejne zadania, długości, style, wyławiania. 
Nie na mnie krzyczano, a ja stres czułam. Kpiące spojrzenie, że zamiast pływać to tylko się chlapię, też czułam. Cóż... Mówi się trudno i płynie się dalej. Albo chlapie, jak w moim przypadku.
Kolejne rozkazy, kolejne polecenia, Dziadzio trener zatrzymujący obcych ludzi, bo "Pani spojrzy! Czterech lat jeszcze nie skończył i jak pływa!"
Faktycznie. Pływał świetnie. Jego starsza siostra też. Tylko te miny bez cienia uśmiechu. Te próby odpłynięcia do zjeżdżalni, gdy tylko dziadek wzrok odwrócił. I ten chłopiec, co  pewnym momencie na Demolkę pokazał i płaczliwym głosem zapytał
-a dlaczego ona może się bawić???

Dzieci są dziećmi. Mają się bawić. Cieszyć się życiem. Zarażać swoim beztroskim uśmiechem i radością cały świat. I wiem, że żeby talent się rozwijał potrzebne jest mnóstwo pracy. Mnóstwo ćwiczeń, mnóstwo wsparcia ze strony dorosłych. Bo to od dorosłych zależy, czy talent nie zginie przez słomiany zapał. To dorośli dopingują, wspierają w słabsze dni, motywują. Ale dziecko ma prawo być dzieckiem. Ma prawo się cieszyć i bawić. I uczyć się przez zabawę też ma prawo. Bo jest dzieckiem.